Wstając dziś rano zadałam sobie pytanie czy te święta mogą być gorsze... odpowiedź uzyskałam aż za szybko.
Dla poprawienia sobie humoru i żeby przynajmniej otrzeć się o rodzinną atmosferę jaką powinien tworzyć ten okres postanowiłam razem z bratem udać sie do koleżanki mojej mamy mieszkającej tylko kilka ulic dalej. Nawet dzwoniłam do niej zapytać się czy istnieje w ogóle taka możliwość. Okazało się że przyjmie nas z otwartymi ramionami więc wybór był prosty. Nie mam ochoty kisić sie z ojcem w domu, ide do niej. Oczywiście on nie może o niczym wiedzieć bo "nie życzy sobie" bym się spotykała z Dorotą bo tak ma na imię. Nie wiem dlaczego ona nie lubi jego ani on nie lubi jej ale czemu się dziwić, nikt nie przepada za moim Ojcem. Powiedziałam więc ,że ide z Bartkiem do Ewy, mojej przyjaciólki. Do niej oczywiście też zdzwoniłam uprzedzić że w razie czego ma nas kryć. Ojciec zawsze sprawdza czy jestem tam gdzie mówiłam że będe.
I tu następuje akcja właściwa. Siedzimy tak u Doroty i dzień święty święcimy gdy w pewnym momencie ktoś wyjął flszeczke no bo jakby to wyglądało żeby w czasie jakiejś uroczystej chwili na polskim stole zabrakło mocniejszego trunku. Mój braciszek, jako że pełnoletni wcale nie krępował się przed sięganiem po kolejne i kolejne kieliszki i tak skubańcy we czwórkę (bo było tam jeszcze pare innych osób) zdołali obalić trzy flaszki. Nie powiem ja też sobie chlapnęłam ale tylko jednego drinka więc w porównaniu do Barka który już nie wracał do domu tylko się do niego toczył byłam absolutnie trzeźwa. Na miejscu czekał na nas oczywiście tata który generalnym pijaństwem nie był zachwycony ale wszystko dało by się jakoś wytłumaczyć gdyby Bartek nie zaliczył zlewu i krótkiego rzyganka no po prostu świetnie... ale meksyku to dopiero początek.
Oczywiście pokłóciłam się z tatą o wszystko o co tylko mogłam. Wygarnąłem mu za wszystkie czasy, on mi z resztą też. Dreszcze przeszły mi w momencie gdy oznajmił że dzwoni do Ewy. Zresztą, mogłam się spodziewać. Moją jedyną myslą było "Ewa, nie nawal". On dzwoni, Ona nie odbiera... dobra dziewczynka, jest szansa że tata po pewnym czasie sie uspokoi i zapomni o tym.
Chwila. czy to nie mój telefon? Tak mój. Kto sie dobija, Ewa oczywiście.
"Ej, twój tata do mnie dzwonił...
Tata natychmiast odebrał mi telefon i zaczał rozmowę. Po chwili wiedział już gdzie byliśmy i domyślał sie co robiliśmy. Tłumaczyłam mu że to było tylko wino i że ja też piłam ale tylko dwa łyczki. Uwierzył w to bo jak sam powiedział "Znam Dorote, musiała kupić jakieś tańsze wino te tańsze mocniej kopią". Taaa... on już coś o tym wie. Wspominałam już że mój ojciec był alkoholikiem? Przez całe dzieciństwo musiałam obserwować jak wracał po pijaku do domu jak kłócił sie z mamą i bratem. Oni sie strasznie nienawidzą i boje sie że pewnego dnia Bartek spuści łomot Ojcu a ma takie możliwości jest mistrzem województwa w karate, ćwiczy box tajski i MMA. Ma u siebie w pokoju wiele medali i innych nagród za osiągnięcia w dziedzinie obijania szczęk ale od taty nigdy nawet nie usłyszał że miłego słowa, nigdy nie został pochwalony. Ojciec wiecznie tylko powtarzał mu że jest nieudacznikiem bez przyszłości że nic nie osiągnie do niczego sie nie nadaje, był zazdrosny tak myślę.
Tak czy siak później odstawił numer roku. Zawiózł nas na komisariat, na badanie alkomatem. To było dziwne bo czułam się podekscytowana, nigdy nie byłam w takim miejscu i interesowało mnie wszystko na wszystkim chciałam zawiesić wzrok. Na szczęście gdy ja dmuchałam wyszły trzy okrągłe zera ale brat już nie mógł się tym pochwalić choć trochę przetrzeźwiał. Później tata powiedział że oskarży Dorotę o rozpijanie nieletnich ale ja wiem że i tak tego nie zrobi więc nie ma sie o co bać.
Jutro lany poniedziałek. Ciekawe czy chociaż on będzie normalny.
Ten blog jest swoistą biografią mojej przyjaciółki. Wierzcie lub nie ale historie w nim zawarte są w 100% autentyczne. Zero podkoloryzowywania. Jeszcze zdziwicie sie jak wiele może doświadczyć tak młody człowiek.
środa, 11 kwietnia 2012
niedziela, 8 kwietnia 2012
sobota, 7 kwietnia 2012
"Synu, wytęż słuch to kilka szczerych słów..."
Święta Wielkanocy. Szczególnie ważny czas w każdej rodzinie dla każdego dziecka, ojca i matki. Święto symbolizuje odrodzenie, zmartwychwstanie Jezusa i jego zwycięstwo nad śmiercią oraz grzechem ludzi. Jest to czas w którym ludzie zbliżają sie do siebie, wybaczają sobie, rodzą sie piękne wspomnienia oraz tworzy więź silniejsza niz stalowe liny, trwalsza niż diament.
Nie.
Nie tutaj. Nie w tym kraju, nie w tym miesicie, nie na tej ulicy... nie w tym domu.
Ale warto byłoby zaczynając od początku. Czemu święta są takie złe i fatalnie? A nie mówię tu tylko o tegorocznych świętach Wielkanocy ale o wszystkich świętach za każdym razem. Ano dlatego że w tym domu zawsze wyglądają mniej więcej tak:
Wykonywane są jakieś typowe czynności czym w tym wypadku było poświęcenie koszyka. Krótki spacer do kościoła w odległości dziesięciu metrów za ojcem. Świetna zabawa nie powiem. Potem powrót do domostwa, dystans zwiększył się do jakiś 15 metrów. Na moje szczęście Tatko jednak postanowił poczekać aż go nadgonię by powiedzieć mi że do domu wróci później . Jakby mnie to obchodziło. No, zazwyczaj po typowych dla poszczególnych świąt pierdołach następuje uroczysta kolacja, obiad, śniadanie, podwieczorek itp. u nas trwa on jakieś 20 min... w kompletnej ciszy, po czym wszyscy rozchodzą się do swoich pokoji. A teraz kiedy nie ma już z nami mamy pewno nawet nie będziemy jeść wspólnie. I na tym koniec. Choć raz chciała bym mieć normalne święta, jak normalni ludzie. Takie jak na reklamach. Ciepłe, przepełnione szczerym śmiechem, gdzie wszyscy rozmawiają i przytulają się do siebie. Czemu tak nie jest? Czemu tylko ja wydaje się tym przejmować?
Bartka, mojego starszego brata już dawno przestało to wszystko interesować, co czuje ojciec sama nie wiem, a mama? Ona siedzi teraz w Grecji ze swoim kochankiem...
A ja zostałam tu, w pokoju, sama, wkurzona wspominając przeszłe Święta. Siedząc tak i rozmyślając zaczęłam dostrzegać rzeczy,których nie dostrzegałam jako małe dziecko. Wyciągnęłam pewne wnioski do których musiałam podrosnąć żeby je pojąć. Nasze święta były w miarę normalne do pewnego czasu... Otóż gdy miałam jakieś 6-7 lat coś stało się pomiędzy bratem a babcią kiedy byliśmy u niej w święta Bożego Narodzenia. Nie pamiętam co dokładnie ale skończyło się na strzale z liścia wymierzonym w policzek mojego brata. Wtedy to wszystko się zawaliło i od tamtej pory spędzaliśmy święta tylko we czwórkę czyli nie obchodziliśmy ich praktycznie w ogóle. I tak za każdym razem, z roku na rok coraz gorzej. Więc siedzę w tym pokoju... sama, zmarnowana, smutna... ide coś zjeść...
Widzicie już w jak pięknych okolicznościach narodził się ten blog i ta historia. To jednak dopiero początek, życie jest ciekawe i potrafi zaskoczyć. Będe ją kontynuować w miarę sił i możliwości.
Do zobaczenia
LiVadi...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)