sobota, 7 kwietnia 2012

"Synu, wytęż słuch to kilka szczerych słów..."



    Święta Wielkanocy. Szczególnie ważny czas w każdej rodzinie dla każdego dziecka, ojca i matki. Święto symbolizuje odrodzenie, zmartwychwstanie Jezusa i jego zwycięstwo nad śmiercią oraz grzechem ludzi. Jest to czas w którym ludzie zbliżają sie do siebie, wybaczają sobie, rodzą sie piękne wspomnienia oraz tworzy więź silniejsza niz stalowe liny, trwalsza niż diament. 
    Nie. 
Nie tutaj. Nie w tym kraju, nie w tym miesicie, nie na tej ulicy... nie w tym domu. 


    Ale warto byłoby zaczynając od początku. Czemu święta są takie złe i fatalnie? A nie mówię tu tylko o tegorocznych świętach Wielkanocy ale o wszystkich świętach za każdym razem. Ano dlatego że w tym domu zawsze wyglądają mniej więcej tak: 


    Wykonywane są jakieś typowe czynności czym w tym wypadku było poświęcenie koszyka. Krótki spacer do kościoła w odległości dziesięciu metrów za ojcem. Świetna zabawa nie powiem. Potem powrót do domostwa, dystans zwiększył się do jakiś 15 metrów. Na moje szczęście Tatko jednak postanowił poczekać aż go nadgonię by powiedzieć mi że do domu wróci później . Jakby mnie to obchodziło. No, zazwyczaj po typowych dla poszczególnych świąt pierdołach następuje uroczysta kolacja, obiad, śniadanie, podwieczorek itp. u nas trwa on jakieś 20 min... w kompletnej ciszy, po czym wszyscy rozchodzą się do swoich pokoji. A teraz kiedy nie ma już z nami mamy pewno nawet nie będziemy jeść wspólnie. I na tym koniec. Choć raz chciała bym mieć normalne święta, jak normalni ludzie. Takie jak na reklamach. Ciepłe, przepełnione szczerym śmiechem, gdzie wszyscy rozmawiają i przytulają się do siebie. Czemu tak nie jest? Czemu tylko ja wydaje się tym przejmować? 
Bartka, mojego starszego brata już dawno przestało to wszystko interesować, co czuje ojciec sama nie wiem, a mama? Ona siedzi teraz w Grecji ze swoim kochankiem...
A ja zostałam tu, w pokoju, sama, wkurzona wspominając przeszłe Święta. Siedząc tak i rozmyślając zaczęłam dostrzegać rzeczy,których nie dostrzegałam jako małe dziecko. Wyciągnęłam pewne wnioski do których musiałam podrosnąć żeby je pojąć. Nasze święta były w miarę normalne do pewnego czasu... Otóż gdy miałam jakieś 6-7 lat coś stało się pomiędzy bratem a babcią kiedy byliśmy u niej w święta Bożego Narodzenia. Nie pamiętam co dokładnie ale skończyło się na strzale z liścia wymierzonym w policzek mojego brata. Wtedy to wszystko się zawaliło i od tamtej pory spędzaliśmy święta tylko we czwórkę czyli nie obchodziliśmy ich praktycznie w ogóle. I tak za każdym razem, z roku na rok coraz gorzej. Więc siedzę w tym pokoju... sama, zmarnowana, smutna... ide coś zjeść... 




    Widzicie już w jak pięknych okolicznościach narodził się ten blog i ta historia. To jednak dopiero początek, życie jest ciekawe i potrafi zaskoczyć. Będe ją kontynuować w miarę sił i możliwości. 
Do zobaczenia 
    LiVadi...

3 komentarze:

  1. Zapowiada się ciekawie mam nadzieję, że w miarę rozwoju bloga rozwinie się też historia :) Pozdrawiam i czekam na dalszą część OneDirectionLove♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo spodobał mi się twój blog! Jest możliwość informowania mnie na gg?? Jakby co to mój nr 40445142 ;-)

    OdpowiedzUsuń